Przejdź do głównej zawartości

Posty

Taka Polska właśnie

Pan w niemodnych ciuchach i z ubytkami w zębach. Ulicznej modzie małych miasteczek daleko do efektów z "Metamorfozy" w TV i koszul nonszalancko częściowo włożonych w spodnie. Bazarowe trendy, kolory nie na czasie i bluzki z angielskimi napisami bez znaczeń. Dzieciaki nie odpychają się na biegowych rowerkach, ale śmigają z doczepianymi kółkami i niepotrzebnym kijem doczepionym z tyłu. Wspomnienia z czasów mojego dzieciństwa. W dużym mieście wydaje się, że wszystko mknie do przodu. Zagraniczni turyści, korporacje i studenci. Wszyscy znają angielski i choć podstawy korpomowy. Zero waste i food trucki. A tutaj czas płynie wolniej. Wcale znowu tak wiele się nie zmienia przez te mijające lata. Ławeczki przed domem, pnące się intensywnie barwne róże. Feeria kolorów w ogródkach. Spokój. Grill i palenisko pod piętrowymi blokami w lesie. W taki upał nagie klaty i wystające brzuszki za kierownicą i na osiedlowym podwórku.

Krywaniu, Krywaniu wysoki...

Krywań. Narodowa góra Słowaków.  Naród słowacki ruszył w upalną sobotę w góry razem z nami. Pierwszy weekend otwartych szlaków tatrzańskich. I nasze wiosenno-letnie otwarcie sezonu tatrzańskiego .

Zapachy lasu

Zamarzyło mi się być w lesie przed świtem. W takim wyjątkowym czasie. Gdy powietrze pachnie. Gdy ptaki dają koncert. Podziwiać wschód słońca w górach. Pobudka o wpół do drugiej w nocy. Z balkonu widać Wielki Wóz. Na osiedlu cisza. Owsianka na szybko. Ruszamy 2:15 i walcząc ze snem docieramy po godzinie na Przełęcz Gruszowiec.  Świat powoli się rozjaśnia. Te zapachy, to rześkie powietrze, atmosfera takiej przedziwnej pory... Wspomnienia bombardują. 

Rezerwat dla gringo

Czyli dzielnica Miraflores w Limie, stolicy Peru. Ostrzegano nas przez niebezpieczeństwami czającymi się w Limie. Kradzieżami z bronią w ręku, nieoznakowanymi taksówkami wywożącymi niewiadomogdzie. Ale nie w Miraflores. Bezpieczne miejsce. Zieleń, palmy, ocean. Wieżowce, hostele, sklepy. Biegaliśmy w poranek wielkanocny wzdłuż klifów. Rozbudzający się dzień szybko zmierzał w stronę parnego upału. Zastanawiałam się - gdzie my jesteśmy? Sporo białych biegało. Specjalnie wyznaczone ścieżki dla rowerów. Czysto, schludnie, zielono. Żeby dbać o siebie trzeba mieć na to czas i pieniądze. Co to za miejsce na ziemi? Niby Lima, niby Ameryka Południowa - ale zupełnie inaczej. Kontrast Miraflores i innych miejsc w miastach które widzieliśmy w naszej podróży kuł w oczy. Bezpiecznie i ładnie jak w rezerwacie. Rezerwacie dla gringo.

Wielki Piątek w Arequipie, Niedziela Wielkanocna w Limie

Wielki Tydzień i Wielkanoc spędziliśmy w Peru. Poza bardzo intensywnym zwiedzaniem i podróżowaniem mogliśmy doświadczyć przeżyć tego czasu w szczególny sposób.

Sztuka współczesna latynoska

Wytrwale poszukiwałam Muzeum Sztuki Współczesnej w Ameryce Południowej. Najpierw pełna nadziei w boliwijskim La Paz . Dzięki długiej drodze do muzeum poznajemy nowe okolice miasta. Inne nieco jego oblicze. Robi się bardziej nowocześnie, pojawia się zieleń miejsca. Idziemy, idziemy... Nareszcie, jest. Numer przy ulicy odnaleziony. Pomiędzy sklepem adidasa a ulicznymi straganami z empanadas. Kolonialny budynek ze zdobieniami. Niebieski, lekko odrapany. 

Białe miasto

Arequipa.  Pierwszy oddech po intensywnych doznaniach latynoskiej podróży. Poza doświadczeniami miejscowych obchodów Triduum Paschalnego, w tym parafialnej Drogi Krzyżowej  ( film !), oraz spotkaniem z  autorem książki " Boliwia. Narzeczona, więzienie i cudze wesele " i jego narzeczoną ;) poszwędaliśmy się trochę po tym białym mieście.  Z wielkimi wulkanami w tle.

Winicunca - Tęczowa Góra

Montaña Winicunca.  Tęczowa góra.  M ontaña  de Siete Colores . Góra Siedmiu Kolorów. Moje wielkie marzenie - być tam, zobaczyć na własne oczy, doświadczyć... Pierwszy raz o tęczowych górach słyszałam przed podróżą do Chin . Z wycieczki do kolorowych gór Danxia (możecie poczytać o nich tutaj ) z żalem zrezygnowaliśmy ze względu na potężne odległości do pokonania...  Już wtedy obiło mi się o uszy, że w Ameryce Południowej też są tęczowe góry.  Kto by jednak przypuszczał, że za trzy lata od chińskiej podróży dotrzemy akurat do... Peru?! ;) Skoro jednak do Peru dotarliśmy, i to do Cuzco , skąd można zrobić jednodniową wycieczkę na Górę Siedmiu Kolorów... absolutnie nie można było takiej okazji odpuścić. ;)

Tarasy solne

Czyli Salineras de Maras.  Przywodziły na myśl tarasy ryżowe z Chin . A tu sól, nie ryż. A tu Peru, nie Chiny. O co chodzi?

Pępek świata

Cuzco. Baza wypadowa do Machu Picchu . Ale też bardzo urokliwe miasteczko. Historia Inków miesza się tu z hiszpańskim dziedzictwem. Zapraszam na spacer po "pępku świata Inków". ;)

Urbex w Andach

Na wieść, że wybieramy się do Peru, niemal zawsze padało pytanie: i co, zobaczycie Machu Picchu? Zobaczymy, no bo jak tu być w Peru i nie zwiedzić tych najsławniejszych ruin Ameryki Południowej. Machu Picchu. Piętnastowieczne miasto Inków. Miejsce wielu zagadek i mnóstwa zachwytów nad zmyślnością Inków. Istnieje wiele teorii, ale tajemnica szybkiego opuszczenia tego miejsca przez jego mieszkańców jest do dziś nieodgadniona. Więc to trochę jak taki dobrze zachowany urbex. ;) Z drogimi biletami wstępu i długą, długą drogą do pokonania...

Titikaka

Tafla wody błyskała odbiciami słońca. Chwile odpoczynku na pomoście. Nad lustrem wody na wysokości 3812 m n.p.m. Titikaka to najwyżej położone jezioro żeglowne świata.

Autobusem na pięciotysięcznik

...takie rzeczy tylko w Boliwii. ;) Czyli z  La Paz  na górę Chacaltaya. uwierzycie, że taki autobus wjechał krętą, wąską, kamienistą drogą nad przepaściami na wysokość 5300 m n.p.m.?

Spacerem po La Paz, kolejkami nad El Alto

La Paz skradło mi serce. Fascynujące, barwne, olbrzymie miasto wśród wysokich gór.

Największe kałuże świata

Na największym solnisku na świecie po porze deszczowej największe kałuże. A nad lustrzanym horyzontem wschodzi słońce.

Skały i lamy wśród pustkowi

Pomiędzy przepięknymi lagunami odbijającymi w wodzie ośnieżone szczyty i innymi atrakcjami (typu wspinaczka po rudych, ekspozycyjnych skałkach) jechaliśmy przez pustkowia.  Długa to była droga. Droga przez chyba wszystkie gatunki muzyki, głównie w wersji boliwijskiej.  Niekończące się przestrzenie. Co jakiś czas spotykaliśmy zamieszkujące te pustkowia zwierzęta. Nauczyłam się rozróżniać zabawne lamy od zgrabnych wikunii. (W Peru doszła do tego jeszcze umiejętność rozróżniania lamy od alpaki ;) ).

Laguny, gejzery i flamingi

Przez trzy dni widzieliśmy najpiękniejsze miejsca w życiu. Wycieczka po boliwijskim płaskowyżu Altiplano przebiła wszystko.

San Pedro de Atacama i Valle de la Luna

Ogrom przestrzeni. Posypały się wyobrażenia o pustyni jako nieskończonym piasku po horyzont. Atacama Doliny Księżycowej była górzysta, niepokorna, słona. Pierwsze miejsce w naszej podróży które zrobiło tak wielkie wrażenie. Potęga natury. Błądzące myśli o samotnej nocy w takim miejscu.

Biegiem przez Santiago de Chile

Przez stolicę Chile dosłownie przebiegliśmy. W biegu poszukiwaliśmy otwartego jeszcze kantoru. Bartek się cieszył, że wspólnie w czwórkę zrobiliśmy biegowy trening, kantor w końcu udało nam się odnaleźć i wymienić pieniądze, ale na planowane wejście na bardzo polecane wzgórze San Cristobal już nie zdążyliśmy.

Śnieg w kieszeniach

Śnieg w butach. Wiatr taki, jakby schodziła lawina. A my w niej. Ostre igiełki lodu wbijające się w twarz z wielką siłą. Niesamowita siła, potęga, nieujarzmienie Natury. Czarny Staw Gąsienicowy jak zdobywanie zimowego K2. Wieczorem, w południe i o świcie. Hala Gąsienicowa w tę i z powrotem przez nas wydeptana. Piękny przełom stycznia i lutego.

Łowcy świtu

Budzik o 2:30 nie cieszy. Wychodzenie z ciepłego auta w nocne zimowe ciemności nie pociąga. A potem - pusta, cicha, biała polana. Jeszcze noc. W kontraście do bieli śniegu głęboka czerń nieba. I rozsiane po całym nieboskłonie gwiazdy. Wyraźnie widoczny Wóz i Kasjopeja. Mnogość świecących punktów. Mistyka chwili. Brniemy przez zimowy las. Niebo powoli nabiera kolorów. Coraz wyżej, coraz gorętsze barwy na horyzoncie. Niebo płonie.

Styczniowy urbex na dystans

Styczeń. Pora śmierci choinek . Krótkie dni, trochę śniegu, więcej błota. Szaro, zimno. Wróci wiosna, baronowo! Wczesna wiosna to doskonały czas na urbex ( tutaj dowód ). Póki wiosny nie ma - na urbex można spojrzeć z dystansem.

Listopadowe góry

Lato było wyjątkowo długie i słoneczne. Ostatni letni dzień poczuliśmy w niespodziewanie wolny poniedziałek. 12.11.2018. Dobra data na Beskid Śląski. Padło na pętelkę przez Malinowską Skałę i Skrzyczne. Piękne panoramy i mnóstwo ludzi, głównie z psami. Chyba Skrzyczne to taki klasyczny cel psich spacerów w Beskidach. Beskidy to nie Tatry. A środek listopada to już nie kolorowa jesień. Pagórki sinym fioletem nagich drzew pokryte. Jesienna feria barw minęła. Dni coraz krótsze. Wydłużają się ciemne wieczory. Bez presji.  Skręcając w leśne ścieżki poczuliśmy lato. Ciepłe podmuchy powietrza. Koszulki z krótkim rękawem. Słoneczne zapachy. Blaski wśród ciągle zielonych liści. Ciepło nagrzanej ziemi. A więc można, i w listopadzie, i w Beskidach. Usiąść w bladych trawach i patrzeć na chmury.

Francuskie "góry mylne"

Niekończące się pasma szczytów, rozpływające się w dali w niebieskiej mgle. Góry aż za horyzont.  Każde kolejne zdobywanie grani okazywało się tylko preludium do dalszej drogi.  Góry mylne - bo mamiły nas perspektywą szybszego dotarcia na szczyty. A ponieważ nasza mapa odpłynęła wartkim strumieniem górskim jeszcze przed zdobyciem trzytysięcznika  dalszy ciąg naszych alpejskich wędrówek był zupełnie spontaniczny i instynktowny.  Kiedy już zdobyłyśmy upragnioną grań ukazały się kolejne górskie pasma. A za nimi kolejne, i jeszcze następne... W dole iglaste lasy i miejscowości innej spośród narciarskich Trzech Dolin. Nowe dla nas perspektywy, odkrycia przestrzenne. Grań chwilami przypominała tatrzański szlak między Kopą Kondracką a Kasprowym , chwilami było zupełnie jak na bieszczadzkich połoninach . Niezmiennie pusto, słonecznie i bajkowo jesiennie. Zapraszam w fotograficzną drogę:

Rzeki owiec i dzikie świnie

Naszym sobotnim celem były góry srebrne , które podziwiałyśmy pierwszego dnia z Le Cochet . Zaatakowałyśmy dwa szczyty. Za pierwszym razem wylądowałyśmy na słonecznym wylegiwaniu się w trawie, bo dalszą drogę przecięło nam głębokie urwisko. Na stadko owiec pod szczytem patrzyłyśmy więc z oddali. Drugi raz wpakowałyśmy się w taką stromiznę, że pozostało tylko zawrócić. Potężna biała skała którą widziałyśmy już z dołu z wyższej perspektywy robiła piorunujące wrażenie. Mapa odpłynęła górskim strumieniem już dwa dni temu... Było więc bez osiągnięcia celów, ale ciekawie. Dzień bardziej na luzie. Słońce i złota jesień dopisywały w pełni.

Val Thorens i Col de Rosael - nasze alpejskie 3000 m n.p.m.!

To było marzenie tej wycieczki. Cel, na którym nam zależało. Zdobyć te symboliczne trzy tysiące metrów nad poziomem morza... Mapki z informacji turystycznej od Basi i Nica nie uwzględniały naszych zamierzeń. ;) Żaden zaznaczony pieszy szlak w okolicach Saint Martin de Belleville nie prowadził powyżej 2800 m n.p.m. Pozostawało nam więc dostać się jak najwyżej zgodnie ze szlakiem - i spróbować wejść.. jeszcze wyżej. ;) 

Le Cochet

Uliczne latarnie gasły o północy.  Saint Martin de Belleville zatapiało się w ciemnościach. Na niebie na dobre rozgaszczały się gwiazdy. Nocną ciszę rozpraszały dźwięki owczych dzwoneczków z okolicznych wzgórz. Środek października i najpełniejszy czas złotej jesieni . Pełen słońca i odpoczynku tydzień we francuskich Alpach. Cudowny przedsezonowy czas. Klimatyczne miejscowości o spójnej zabudowie zupełnie puste. Cicho i głucho. Bardzo lokalnie. Mogłyśmy sobie tylko wyobrażać, co się tutaj dzieje zimą, gdy jesiennie leniwe Saint Martin de Belleville zmienia się w królestwo narciarzy... W ciągu tygodnia w październiku piesze ścieżki w Alpach zupełnie puste. Pierwszego dnia ruszyłyśmy zdobyć Le Cochet . Ten zwalisty szczyt górujący nad Saint Martin de Belleville to był cel Gosi. Góra, którą widziała rok temu co dzień przez okno i już od jakiegoś czasu chciała ją zdobyć.  Nie znałyśmy jeszcze imienia naszego celu ;) gdy w Saint Marcel dopytywałyśmy miejscowy...

Lac du Lou

Kilka kadrów z niedzielnego popołudnia nad Jeziorem Wilczym . Pożegnanie z francuskimi Alpami. Na spokojnie.

Jesienny poniedziałek w Lyonie

Wracając z wędrówek po francuskim Alpach , zanim jeszcze dotarłyśmy na lotnisko im. Antoine de Saint-Exupéry, poszwędałyśmy się po słonecznym Lyonie.  o, jest i pranie z Lyonu! jak malowane...;)

Październikowe Tatry

Październik czaruje.  Góry jesienią nie mają sobie równych.  Czerwone Wierchy z tamtym roku odczarowały groźne jesienne Tatry. Tym razem początkiem października zrobiliśmy taką traskę: Kuźnice - Polana Kondratowa - Przełęcz pod Kopą Kondracką - Suche Czuby - Goryczkowa Czuba - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa - Murowaniec - Kuźnice Pogoda dopisała. Szlak mnie zaskoczył - widokami, ekspozycją, ilością skałek do wspinania. Polecam. ;)