Przejdź do głównej zawartości

Posty

Tatry Zachodnie kwietniowe

W ciągu dnia gwarna Dolina Kościeliska z wózkami pełnymi niemowlaków i "typowym wujkiem" krzyczącym po czyimś kichnięciu: Na zdrowie!  wieczorem zupełnie pustoszała. Schronisko na Hali Ornak jakby wymarłe. Za oknem w nieprzebranej ciemności tatrzańskiej nocy raz po raz błyskała burza, na którą w napięciu oczekiwaliśmy cały dzień. Tyle dobra, tyle piękna. Wędrówka tatrzańskimi szlakami pod koniec kwietnia w środku tygodnia to strzał w dziesiątkę. Pogoda nie dostosowywała się do pesymistycznych prognoz i całe trzy dni cieszyliśmy się cudownym słońcem i bezludnymi szlakami.  Co to dużo pisać zresztą.. Spójrzcie tylko na zdjęcia:

Psychizacja krajobrazu

Wrażenie pustki. Lodowaty wiatr, który rozpalał policzki. Kiedy wstrzymywał swą szaloną gonitwę nastawała zupełna Cisza. Biały bezkres. Wyłaniające się z mlecznego powietrza srogie, surowe skały. Kontrasty. Bieli śniegu z ciemną zielenią kosodrzewiny. Jaskrawych ubrań i plecaków z monotonią i stałością krajobrazu. Lodowato zimnych dłoni z gorącym zachwytem w sercu. Kontrasty. Lekki puch śniegu i siła górskich skał.

Cypr w czterech aktach

Zielony maj początkiem marca,  czyli jak pod pretekstem półmaratonu uciec od zimowej hibernacji ;) Cape Greco Ajia Napa Skała Afrodyty

Jak nazywa się najwyższy szczyt Cypru?

Nie jest to chyba aż tak istotne, bo na samym wierzchołku najwyższej góry Cypru króluje baza wojskowa, a w ogóle to można tam wjechać autem po asfalcie... Cóż to więc za wyczyn - zdobyć najwyższy szczyt Cypru? ;) wyczyn nie wyczyn - pranie z Nikozji jest ;)

Zimowy wschód słońca z Lubania

Na Lubaniu pierwszy raz byłam w październiku kilka lat temu.  Baza namiotowa była wtedy pusta, jesień złota i słoneczna, a widoki na Tatry zapierały dech. W międzyczasie na Lubaniu, jak i innych gorczańskich szczytach, wyrosła wieża widokowa. Przetestowaliśmy ją latem, by później zimową nocą wędrować przez śnieżne zaspy w jej kierunku... ;)

Ciepły, letni dzień w styczniu

Zielone liście kołyszą się na wietrze. Ziemia dudni od przejeżdżającego pod nami metra. Słońce przecudnie świeci. Świetliste zajączki odbijają się od poruszanej wiatrem plastikowej płachty i skaczą po rękach. Wokół chyba sami stali bywalcy tego miejsca. Lokalsi. Dwóch facetów przy kawie. (Bartek mówi, że to znak innej kultury - u nas to ponoć widok niespotykany). Chłopak w szarej czapce z rudym psem i kieliszkiem białego wina. Para staruszków ze szklankami złocistego piwa. Knajpka "Restaurant Fali's Bar" prowadzona przez Chińczyków. Paella z krewetką o małych, ciemnych oczkach. Żółty ryż na czarnej patelni. Kawa z mlekiem trafia w najlepszy na nią moment. Teraz. Ciepły, letni dzień w styczniu trwa. Esencję lata poczułam wracając się po coś do naszego mieszkania z Airbnb. Zaciemniony korytarz, przez szybę wpada pełnia słonecznego dnia. Cienie i ciepłe blaski przeplatają się na ścianie. Otwarte okno. W mieszkaniu obok gra telewizor. Tak jakoś wyjątkowo typowo dla le...

Sylwestrowy Łupków

....czyli studium życia kotów w chatce Grzegorzówka i tajemnice wnętrza opuszczonego domu nieopodal nieczynnej stacji kolejowej w Łupkowie. Dobre miejsce n a zakończenie 2017 i rozpoczęcie 2018 roku. Dużo spokoju, oddechu, błogiego odpoczynku. Na luzie, bez pośpiechu. Tak dobrze. 

Dlaczego warto wybrać się w drogę?

Zakochałam się w rowerowych podróżach. Pierwszy raz - już na trzydniowej rowerowej majówce wzdłuż Wisły . Potem tliła się w głowie myśl o dłuższej rowerowej drodze. Do realizacji doszło w czerwcu 2017.  A dlaczego pojechaliśmy akurat w czerwcu? Bo to najdłuższe dni w roku. Te dni, w które zwykle czekało się na szkolnym boisku na upragnione wakacje. Te dni, w sesyjnej gorączce, w które trzeba było przyswoić wiedzę z wykładów z całego roku...  My w tym roku w czerwcu ruszyliśmy w drogę! ;) no i pranie z rowerowej podróży ;) Dlaczego warto wybrać się w drogę?

Impresje spod rosyjskiej granicy

granica... i tematycznie - obuwnicze pranie zza siatki ;) Rowerowy Szlak Green Velo wiedzie wzdłuż granic Polski. I to tych najciekawszych. Wschodnich. Granic z państwami, do których nie ma tak łatwego dostępu jak do krajów Unii Europejskiej. Ukraina, Białoruś, Rosja.  Już pierwszego dnia naszej rowerowej tułaczki doświadczyliśmy bliskości zamkniętej granicy.  Kawałek za Przemyślem, Budzyń. Jeden z pierwszych Miejsc Obsługi Rowerzystów na naszej drodze. Jakieś 1,5 km do granicy z Ukrainą. Rozpaliliśmy ogień na palniku kuchenki turystycznej, rozłożyliśmy nasz prowiant. Przekąsiliśmy co nieco. Błogi odpoczynek. Cisza, spokój, wokół lasy i jakieś domki. Przychodzą przyjaźnie nastawione kundelki, szare koty. Proszą o głaskanie. Pojawili się też panowie ze straży granicznej na motorach, zapytali co tutaj robimy. Jeden zaśmiał się, że wyglądamy przecież całkiem podobnie do rowerzystów na zdjęciach przy mapie Green Velo na MORze. No tak, jesteśmyprzecież tyl...

Zdjęcia, których nie ma

Z rowerowej podróży mam takie kadry, których nie nadążyłam łapać obiektywem (wąskim – do niepełnej klatki wzięłam najlżejszy obiektyw: 50 mm. Te złapane kadry więc są dość... bliskie ). To będzie więc wyjątkowy wpis - bez zdjęć. Tekst o zdjęciach, których nie ma. Dotykanie cudzej codzienności.  Historie jakby podszyte stasiukową narracją. I to poczucie wolności, doświadczania życia... No to obrazki. Najpierw Przemyśl. Najchętniej zsiadłabym z roweru i robiła zdjęcia. Przed dworcem panowie taksówkarze.  Swojscy i mający obfitość czasu. Przywodzący na myśli tych  gruzińskich  mężczyzn, którzy cały dzień mogą spędzić na obradach o losach świata. Szczególnie w tak ciepłe dni, kiedy tym bardziej nie ma się gdzie spieszyć.  Jeden pan taksówkarz spod przemyskiego dworca stał przy swoim TAXI i moczył herbacianą torebkę we wrzątku w plastikowym kubku. I ten taksówkarz, i ta okolica dworca PKP w Przemyślu, i ta torebka herbaty w tym plastikowym kubku, i t...

Dymiący Wezuwiusz, starożytne Pompeje i chaotyczny Neapol

Dni robią się coraz krótsze, światu ubywa kolorów, a powietrze coraz bardziej nasyca się melancholią... Tradycyjnie w listopadzie polecieliśmy złapać trochę słońca przed zimą... :) Tym razem padło na Włochy . Bartek we Włoszech nie był nigdy, a ja tylko raz i tylko na chwilę - w Trieście przy granicy ze Słowenią . Celem naszego okołoweekendowego lotu był Neapol - który ponoć jest zupełnie inny od reszty włoskich miast... Trzeba więc jeszcze do Italii wrócić, i sprawdzić, czy rzeczywiście... reszta kraju nie tonie w śmieciach?!.. ;) włoskie miasteczka to skarbnica prania do fotografowania.. ;) pani opuszczała z balkonu różowe wiaderko na sznurku... ...pan na dole wpakował do niego zakupy - i wiaderko zostało wciągnięte na górę ;) Na Wezuwiusz pieszo?

Październik w górach

początek października, droga na Jaworzynę Krynicką Dzień Nauczyciela i wędrówka na Mogielicę w drodze na Ciemniak w imieniny Małgorzaty Bez dwóch zdań - najpiękniejsza pora roku w górach to jesień.  A październik to zdecydowanie mój ulubiony miesiąc.  Zapraszam więc na fotograficzną wycieczkę po górach w tym przepięknym czasie polskiej złotej jesieni... :) Ale najpierw: obowiązkowa fotografia prania... z października sprzed dwóch lat ;) to urocze pranie (część prezentu ślubnego) czekało właśnie na ten moment.. ;) dzięki!

Na ukraińskie połoniny z bieszczadzkiej tęsknoty...

Podobno to najpopularniejsze marzenie bieszczadzkiego turysty przemierzającego polskie połoniny - móc przejść na tą mityczną ukraińską stronę ... skryte ukraińskie pranie Takie marzenie było i moim udziałem, gdy w 2011 roku pierwszy raz w stylu backpackerskim ;) wędrowałam z Klaudią po bieszczadzkich szczytach . Pamiętam te westchnienia i tęskne spojrzenia z Tarnicy, Halicza i Rozsypańca hen, tam, w dal, na wschód... Marzenie stosunkowo szybko udało się zrealizować, bo już w 2013 roku w powiększonym składzie włóczyliśmy się po  ukraińskich połoninach Świdowca . Było przepięknie... I od tamtej pory tęsknota za górami na Ukrainie regularnie do mnie powraca.  Nawet limeryk o tej tęsknocie powstał ! O, proszę bardzo! ;) Powrót platzkartą tam, gdzie  ukraińskie Kvasy otwierają swe wrota , by jako brudasy włóczyć się po błogich połoninach, w namiocie spać, nie wybrzydzać w winach… Zachwytów moc, a bez wydania grubej kasy. Tego lata cora...

Zaskakujące piękno słowackich gór, czyli jak z ferrat wybrać się w Fatry

Było tak, że pierwotnie marzyły nam się sierpniowe ferraty. Ja miałam chęć na przepaści, łańcuchy i zapierające dech w piersiach ekspozycje.  Orla Perć  na dobre rozpaliła we mnie tęsknoty do wysokogórskich wycieczek... :) Ostatecznie jednak ferraty zamieniliśmy na Fatry. ;) Niepoznane jak dotąd przez nas  żelazne drogi  jeszcze na nas poczekają, a w ten sierpniowy czas daliśmy się zaskoczyć górom słowackim. Ach, co to były za zaskoczenia!... słowackie pranie z okolic Wielkiej Fatry droga dookoła Wielkiego Rozsutca, w tle Stoh Wielki Rozsutec

Pokonanie legendy... czyli cała Orla Perć w jeden dzień (zupełnie niespodziewanie!)

wszystkie pięć stawów widoczne z Koziego Wierchu (kliknij i powiększ panoramę!)  Pierwotnie to właśnie Kozi Wierch miał być naszym upragnionym celem... obowiązkowa fotografia prania - nieco rozmazana w tle - w suszarni w Schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich Jeszcze pół godziny temu myślałam, że idąc od Zawratu po Krzyżne wcale nie przeszłyśmy całej Orlej Perci. Byłam przekonana, że ten owiany legendą (ponoć) najtrudniejszy szlak Tatr zaczyna się od Świnicy... Uparcie twierdziłam, że tylko według indywidualnej klasyfikacji Gosi pokonałyśmy w czwartek całą Orlą Perć. Rozmyślałam, że jak tylko uda mi się tego lata przejść odcinek Świnica-Zawrat to będę szczycić się "całą Orlą w jeden sezon". Ku memu wielkiemu zaskoczeniu "indywidualna klasyfikacja Gosi" okazuje się jednak klasyfikacją ogólnie przyjętą... I Świnica wcale nie należy do Orlej Perci. Zatem przeszłyśmy całą Orlą Perć w jeden dzień! tak, tak - to...